Królowa dramy

W drogę

Rozpoczęłam kolejną podróż swojego życia. Na nogach jestem od godziny 4 rano, a właściwie to od dnia wczorajszego bo drzemka w samochodzie to tak średnio się liczy. Na lotnisku musiałam pojawić się wcześnie z racji porannego lotu. Koczowałam, odmrażając sobie tyłek na tych żelaznych ławkach, od świtu bladego, starając się zabić 4 godziny pozostałe do odlotu (lot miałam o 8, a i owszem, taka godzina jest dla mnie stosunkowo wczesną).

Mimo tego, że nie zaznałam za wiele snu minionej nocy i czułam się jak zombie to zagłębiłam się w książkę ekipy z Busem Przez Świat i w ten sposób zabiłam trochę czasu. Po odprawie poszło już z górki; bez większych problemów doczłapałam się do swojego gate’u i wsiadłam do samolotu.

Po niecałych dwóch godzinach byłam już w Mediolanie, skąd odlatywałam do Hong Kongu za 3 godziny. Miodzio.

Alpy

Gdzie dramat się rozpoczyna

Jestem zazwyczaj spokojną osobą. Opanowaną. Nerwy jak ze stali.

HAHA, kogo ja oszukuję.

Prawda jest taka, że mam tendencję do wpędzania samej siebie w stres poprzez wmawianie sobie najgorszych z możliwych scenariuszu. Ot, takie urozmaicenie, żeby mi nudno nie było. No ale od początku.

Jeszcze podczas odprawy w Warszawie usłyszałam, że bilety na dalszą podróż (czyli Mediolan – Hong Kong, Hong Kong – Denpasar) będę musiała nabyć już po wylądowaniu we Włoszech. Jakieś takie sprawy, że coś tam coś tam, i że Marzena nie ma możliwości wydrukowania pozostałych kart pokładowych. Ponoć na lotnisku w Mediolanie będą stoiska dla osób z przesiadkami, więc to pójdzie rach ciach. No spoko, zobaczymy.

Niestety, czego ani Marzenka ani ja nie przewidziałyśmy to fakt, że to WŁOCHY. Piękny kraj, który czasami rządzi się swoimi prawami o czym miałam okazję się przekonać.

Po wyjściu z samolotu od razu zaczęłam się rozglądać za transferami. Mój plecak frunie sobie do Denpasar, nie muszę się o nic martwić, tak więc dziarskim krokiem ruszyłam na podbój stoiska z przesiadkami. Dzielnie podążałam za znakami informacyjnymi i już z daleka wypatrzyłam swój obiekt poszukiwań. Niby wszystko fajnie, tylko że prócz Pana Sprzątacza nie było nikogo.

Facet chyba musiał zauważyć moją nietęgą minę bo aż oderwał się na sekundę od bardzo ważnej rozmowy telefonicznej, którą aktualnie prowadził i wskazał mi kierunek do wyjścia. Z lotniska.

Ooo nie, nie, kochaniutki – pomyślałam sobie wypowiedziawszy na głos: Ja z przesiadką.

BZP (Bardzo Zajęty Pan) macha więc niecierpliwie ręką w innym kierunku a ja z braku lepszego pomysłu podreptałam w tamtą stronę.

Ku mojemu zaskoczeniu mogło się okazać, że BZP miał rację, bo zaraz przed sobą ujrzałam znak “transfery” i strzałeczkę, która miała mnie doprowadzić do mojego miejsca obiecanego. Z uśmiechem na twarzy kroczyłam korytarzami lotniska mając nadzieję, że już za kolejnym rogiem ujrzę uśmiechniętych ludzi, którzy zza biurka będą machali moimi biletami.

Ujrzałam. Immigration Office.

Zrezygnowana podeszłam do równie zrezygnowanego strażnika, który przed chwilą co pogonił Azjatkę, która stojąc w kolejce do “obywatele UE” najwidoczniej nie miała odpowiedniego paszportu.

ZS (Zrezygnowany Strażnik) starannie przejrzał mój paszport i rzekł:

Gdzie twój bilet?

Nie mam.

Jak to nie masz? 

Wyjaśniłam więc ZS moją przygodę i towarzyszące jej rozczarowanie, kiedy okazało się, że nikogo nie zastałam na stanowisku

ZS spojrzał na mnie marszcząc swoje krzaczaste brwi po czym wziął [zrezygnowany] głęboki wdech i, kiedy już myślałam, że dostanę burę, uśmiechną się pod swoim krzaczastym wąsem mówiąc:

Ah, no tak, wiem, wiem.

Po czym oddał mi paszport i życzył spokojnego lotu.

No nic, to podreptałam dalej, tym razem licząc, że inny terminal przyniesie mi więcej szczęścia. Po kilku krokach po raz kolejny ujrzałam obietnicę głoszącą “transfery” i pomyślałam sobie, że tym razem musi się udać.

Nie musi. Kolejne puste biurka. Rozejrzałam się dookoła szukając pracowników, bo może im pośladki zdrętwiały i sobie krążą gdzieś po okolicy? Niestety, wszystko wydaje się być identyczne jak za poprzednim razem. Minus BZP. Ooo… ale plus “punkt informacji” kilka kroków dalej, jednak minus pracownik punktu informacji.

No i gdzie oni?

Lekko poirytowana (czyli już trochę świrowałam ze stresu) podeszłam do kobiety pracującej w małym kantorze wymiany walut. Opowiedziałam jej swoją historię, licząc na odrobinę empatii (i wskazówki co mam robić); empatii nie otrzymałam, ale dowiedziałam się, że na godzinę przed planowanym wylotem ktoś z mojej linii lotniczej powinien się pojawić na miejscu odprawy i tam mogę nabyć swój bilet.

Chyba.

Nie wiedziałam co więcej zrobić, więc z głową pełną dramatycznych myśli (“a co jeżeli okaże się, że oni nie mogą mi wydać biletu i że to jest możliwe tylko w punkcie przesiadek?” ; “o nie, mój plecak nie wie, że ja nie mam biletu – jak go odzyskać jeżeli nie polecę w dalszą podróż?”) bojąc się, że zmienią się one w smutną rzeczywistość.

I się zmieniły.

Żartuję. Po niespełna 20 minutach pojawiła się reprezentantka linii lotniczych i chwilę później trzymałam w rękach swoje bilety.

Chyba nie bez powodu N. czasami nazywa mnie Królową Dramy.

I co dalej?

Na szczęście złe chwile mam za sobą. Co prawda zostały mi jeszcze dwie przesiadki i ponad 7 godzin w powietrzu więc lepiej żebym nie krakała.

Ten post piszę na pokładzie samolotu. Do tej pory lot przebiega w porządku; w tej chwili przelatujemy nad Morzem Kaspijskim i zostały nam 6 373 km do miejsca destynacji.

Poza jednym, niezręcznym epizodem, kiedy Azjatka siedząca obok mnie zaczęła płakać na filmie, który oglądała, daję radę.

Jeszcze tylko 7 godzin w powietrzu i ląduję w Hong Kongu.

Kolacja na pokładzie
Wschód słońca

Dodaj komentarz