Notka z Australii: pierwsze 48 godzin

Po długiej i męczącej podróży przeszłam przez Australijską kontrolę graniczną. Pani kontroler spytała się, czy w Australii jestem pierwszy raz a po mojej twierdzącej odpowiedzi uśmiechnęła się pokrzepiająco i powiedziała “good luck”.

Jest! Udało się! Postawiłam stopy na Australijskiej ziemi! Spełniam marzenia! – cieszyłam się jak szalona, roztaczając przed sobą wizję hajlajfu i surfowania po australijskich falach. Szybko więc ogarnęłam bagaż i bez zbędnego wahania poszłam ogarnąć busika do hostelu. Nie ma czasu do stracenia!

Australijskie wybrzeże

Godziny: 1-7

Słyszę jak mężczyzna, u którego kupowałam bilet na shuttle, mówi do kogoś przez krótkofalówkę:

Mam jeszcze jedną! Poczekaj!

Po czym naprędce skrobie moje imię na bileciku i wskazuje kierunek, w którym powinnam się udać. Ściskam więc ten papier w dłoni i ruszam stawić czoła nowej przygodzie. Z ciekawości postanawiam zobaczyć jak tym razem moje imię zostało przeliterowane (to już standard) i uśmiecham się do siebie kiedy widzę wyraźne “KARTAZINA”. Rodzice chyba nie przewidzieli, że jak dorosnę to zacznę podróżować 😉

Dotarłam do busika i jego kierowcy, który z wyglądu przypominał Krokodyla Dundee w swoim kapeluszu i kubraczku bez rękawów. Krokodyl sprawnym ruchem rzucił plecak na przyczepkę i wesoło krzyknął:

No to w drogę… (spojrzał na bilecik) Kartazina!

Zapakowałam się i ruszyliśmy. Pomimo zmęczenia było mi błogo. Za oknami widziałam zielone wzgórza, na tablicach rejestracyjnych samochodów dopatrzyłam się nazwy “Sunshine State”, która przywiodła wspomnienia z Florydy, minęło może 10 minut od opuszczenia lotniska a ja tutaj już czułam się dobrze.

Do momentu, w którym przypomniałam sobie o wężach i pająkach i tak dla pewności odsunęłam się nieco od szpary między fotelem a oknem (w wyobraźni widziałam wypełzającego pajączka, który tylko czeka aby mnie powalić dawką swojego jadu).

***

Do hostelu, w którym zabookowałam sobie łóżko, dotarliśmy po 15 minutach jazdy. Krokodyl pomógł mi zarzucić plecak na ramiona i, nie próbując po raz ponowny wypowiedzieć mojego imienia, pożegnał się krótkim:

Trzymaj się! 

W hostelu, tak jak podejrzewałam, check-in był od 14, tak więc zostało mi 3.5 godziny do zabicia. Wskoczyłam w szorty i odstawiłam plecak do przechowalni. Planowałam posurfować trochę na internecie, zupdate’ować resztę znajomych, że w jednym kawałku dotarłam na Antypody ale internet ani rusz.

Ponownie podeszłam do pań z recepcji pytając o kod dostępu po czym, kompletnie na to nieprzygotowana, usłyszałam:

Tutaj internet jest płatny, 2$ na dobę.

Nie żeby to była jakaś zatrważająca dla mnie suma, po prostu nie pamiętam kiedy ostatnim razem (i czy w ogóle!) uiszczałam dodatkową opłatę za korzystanie z wifi w miejscu, w którym nocowałam. Zapłaciłam jednak 4$ i, szczęśliwa, poszłam się zalogować, radując się nieograniczonym dostępem do sieci przez najbliższych 48 godzin.

Jakże się pomyliłam!

Najwidoczniej tutaj, po wykupieniu dostępu, faktycznie można zagwarantować połączenie z internetem, jednak szybkości jego (nie)działania – już nie. Strony ładują się ślimaczym tempem, niektóre w ogóle nie wchodzą pomimo kilkukrotnego odświeżania, inne poddają się w połowie. Udało mi się jednak skontaktować z Moniką, z którą wspólnie aplikowałyśmy o wizę rok temu, i ustaliłyśmy, że się spotkamy.

Siedziałyśmy sobie na leżakach, nad hostelowym basenem, słoneczko zaczęło już solidnie przygrzewać a my sobie rozmawiałyśmy w najlepsze. Nie docierało do mnie, że faktycznie tutaj jestem – tak daleko od domu, od lubego, od tego wszystkiego co jest mi znajome; że po raz kolejny spakowałam plecak i wyruszyłam w nieznane, żeby za jakiś czas było już (przynamniej w niewielkim stopniu) poznane. Australia była moim marzeniem już od dawna. Pamiętam, jak nieco ponad 3 lata temu, natrafiłam na artykuł, który informował, że dla młodych Polaków od roku bieżącego (czyli 2014) istnieje możliwość wyjazdu do pracy do Australii, do roku czasu. Pomyślałam sobie wtedy:

Fajnie by było.

Przy takim intensywnym myśleniu, rozmawianiu i wspominaniu upłynęło trochę czasu i mój check-in był wreszcie możliwy.

Po ponad 48 godzinach wzięłam prysznic i poszłam odsypiać.

Godziny: 7-12

Myślałam, że uda mi się pospać przez jakieś 4 godziny, jednak do pokoju wróciły pozostałe dziewczyny. Okazało się, że przestrzeń dzielę z dwiema koleżankami, które przyleciały tutaj z UK oraz z kolejną parą przyjaciółek – tym razem z Irlandii. Dowiedziałam się, że każda z nich również jest tutaj na wizie Work and Holiday. Irlandki już mają za sobą kilkumiesięczną pracę w Sydney, natomiast dziewczyny z UK dopiero znalazły swoją pierwszą.

Porozmawiałyśmy tak sobie o Australii, planach na po-Australię i ich dotychczasowych wrażeniach. Z czystej ciekawości spytałam się o to, jak u nich w kraju wygląda proces aplikacji o tego typu wizę i usłyszałam:

Po 40 minutach otrzymałyśmy pozytywną decyzję.

AHA.

Opowiedziałam po krótce swoją historię sprzed roku to wyglądały na, co najmniej, zdziwione. Wymamrotały tylko:

Niemożliwe!

(A jednak)

***

Wieczorem spotkałam się z Moniką i resztą znajomych, z którymi wspólnie aplikowaliśmy o wizę. W sumie było nas 5 osób (z 14-osobowej grupy). Postanowiliśmy pójść i poczillować przy Esplanade Lagoon. Zaczęło padać, więc skupiliśmy się pod niewielkim daszkiem, rozmawiając o swoich oczekiwaniach i bolączkach.

Otrzymałam solidną dawkę negatywnej energii i porządnego kopa w dupę.

Nasłuchałam się, że nie powinnam była tutaj przylatywać, że nie ma pracy, nie ma nawet nadziei na znalezienie czegokolwiek, że jest więcej backpackersów niż miejsc zatrudnienia, że to miasto nie ma nic do zaoferowania i że oni wszyscy to chyba niedługo stąd spadają.

Zazwyczaj nie zwracam uwagi na tego typu marudzenie i robię swoje ale w tym przypadku poczułam, że może rzeczywiście coś w tym jest skoro 4 osoby nie mogą znaleźć pracy od kilku tygodni. Postanowiłam jednak, że zostanę tutaj na początek, otworzę sobie konto w banku i załatwię inne formalności i dopiero wtedy zdecyduję co robić.

Poczekaliśmy aż deszcz się uspokoi i wróciliśmy każdy do siebie.

Godziny: 12-24

Odsypiam jet lag.

Godziny: 24-34

Otwieram oczy, średnio wyspana ponieważ w nocy kilkukrotnie się budziłam czego następstwem było przewracanie się z boku na bok. Widzę dziewczyny szykujące się na plażę, więc postanawiam, że poczekam aż wszyscy wyjdą i dopiero wtedy zacznę się szykować.

Chicken nuggetsy, które zjadłam na kolację, zostały już dawno strawione więc żołądek głośno domagał się jedzenia. Żeby go uciszyć, wlałam w siebie szklankę wody. Nie pomogło.

Szybko znalazłam punkt Telstry i załatwiłam sobie kartę sim. Internet, który wchodził w skład pakietu za 40$ wyglądał następująco: mam do wykorzystania 6GB w sumie, jednak rozbijają się one na dwa razy po 3GB. Czyli koniec końców wychodzi, że przez cały miesiąc w ciągu dnia (8-20) mogę wykorzystać 3 GB, a od godziny 20 do 8 rano mam kolejne 3GB transferu nocnego. Nie wiem jeszcze jak to się sprawdzi ale po nielimitowanym internecie, który miałam za 20 euro na Łotwie to trochę słabo będzie.

Po załatwieniu formalności, pani z Telstry poinformowała mnie, że teraz muszę czekać na aktywację konta. Po otrzymaniu wiadomości, że moje konto jest aktywne, muszę je doładować. Aha, taka aktywacja może potrwać do 4 godzin, sorry.

Doszłam do wniosku, że kilka dodatkowych godzin mnie nie zbawi, do banku wiem jak trafić, w hostelu mam internet, więc sobie poradzę.

Wstąpiłam na moment do supermarketu, żeby uspokoić żołądek TimTam’ami (australijskimi ciasteczkami – polecam!), kupiłam też dżem i bułki pełnoziarniste i z siatką pełną dobrodziejstw ruszyłam do banku.

W banku bez większych problemów (mniejsze się przytrafiły) założyłam konto. W międzyczasie okazało się, że muszę dostarczyć numery podatkowe z kilku krajów, w których pracowałam, więc chwilowo się spięłam ale koniec końców zdobyłam wszystko, czego potrzebowałam.

Konto jest, na kartę muszę czekać ok 1.5 tygodnia.

Po drodze podrzuciłam swoje CV do agencji pracy żeby trochę uspokoić sumienie, które ciągle brzęczało nad uchem “no zrób coś, nie marnuj czasu!”

Następnym krokiem było aplikowanie o numer podatkowy, co zajęło nie więcej niż 3 minuty. Voilà.

Kiedy wszystko załatwiłam było grubo po 16 a moja karta nadal pozostawała nieaktywna. No cóż, zdecydowałam się posurfować po necie, w poszukiwaniu pracy, czekając na Monikę i resztę ekipy.

Godziny: 34-38

Monika i Paweł oznajmiają, że jutro jadą na południe bo jakiś znajomy załatwił im pracę na farmie na 2 tygodnie. Następnie dochodzi Justyna z Bartkiem, którzy też informują, że na dniach wyjeżdżają do Brisbane.

Halo, halo, co tu się dzieje? Chyba zostaję sama.

Poszliśmy więc na pożegnalny posiłek dla backpackersów za 5$ (bezsmakowy ryż z sosem i warzywami) a następnie przytuliliśmy węża i zagraliśmy w bilard. Justyna i Bartek się z nami pożegnali więc w trójkę poszliśmy na mały spacer. Zaopatrzyliśmy się w przekąski i usiedliśmy na ławeczkach podziwiając wielkookie ptaki, które krążyły w pobliżu.

Nie minęło dużo czasu kiedy przysiadła się do nas grupa hipisów, nadużywających słowa “noodles”. Na początku jeszcze próbowaliśmy zrozumieć o co chodzi z tymi nudlami, ale jedyną odpowiedzią, którą dostawaliśmy było:

No bo kto nie lubi nudli?

W sumie racja. Nudelsi przyłączyli się do naszego towarzystwa i zaczęli opowiadać jak wygląda ich styl życia: typowe no worries, życie od jednego festiwalu muzycznego do kolejnego, wyprawy vanem gdzie ich wzrok poniesie. Zero odpowiedzialności, zero prysznica, po prostu filozofia życiowa oparta na życiu z dnia na dzień.

Pobujaliśmy się tak wszyscy razem może z pół godzinki. W międzyczasie doszedł kolejny hipis, trzymający za rękę panią Aborygenkę. Kobiecina uśmiechnęła się, odrobinę zagubiona, pokazując brak zębów w strategicznych miejscach i przedstawiła się jako Lulu. Niestety, dłuższa konwersacja nie była nam dana ponieważ żadne z nas nie mogło do końca zrozumieć co Lulu do nas mówi.

Po kilkunastu minutach Nudelsi się pożegnali i zostawili nas z panią Aborygenką. Spytaliśmy się, czy wspólnie podróżują na co ona spojrzała na nas, wzruszyła ramionami i powiedziała:

Dopiero co ich poznałam.

Po czym spytała się czy może się poczęstować naszymi ciastkami, a po naszej twierdzącej odpowiedzi, sięgnęła po TimTamy, kokosowe chipsy, powiedziała dobranoc i się zawinęła.

Nie wiem jak moi znajomi, ale ja chyba nie do końca wiem jak skomentować minione pół godziny.

Kiedy deszcz ustał i my ruszyliśmy w stronę hostelu. Pożegnałam się z szaloną Moniką i Pawłem, którzy za mniej niż 12 godzin będą stać na wylotówce z Cairns, próbując złapać stopa.

Do zobaczenia za kilka miesięcy!

Godziny: 38-47

Odsypiam.

Godzina: 48

Po prawie dobie mój telefon wreszcie jest aktywny. Mogę doładować i cieszyć się moimi 3GB do godziny 8 wieczorem.

***

W momencie pisania tego postu minęło więcej niż 48 godzin. Znajomi faktycznie wyjechali z Cairns a i ja prawdopodobnie do nich dołączę w przyszłym tygodniu, kiedy tylko otrzymam swoją kartę. Na chwilę obecną odpuściłam sobie Cairns jako miejsce, w którym znajdę zatrudnienie, więc szukam czegoś przez internet w większych miastach. Jest mi kompletnie obojętne gdzie wyląduję, obym tylko zaczęła pracować.

Trzymajcie kciuki!

Dodaj komentarz