Powitania i pożegnania. Przed wylotem.

Mamo, tato, wróciłam.

Po 10 miesiącach nieobecności przekroczyłam próg domu, w którym się wychowałam. Przyjechałam tylko po to aby za 3 dni ponownie wyjechać.

Plecak rzuciłam w kąt. Zasiadłam z rodzicami do stołu. Mama zrobiła zupę pomidorową, którą tak bardzo lubię. Tata ukroił ciasta. Kot niepewnie zerkał na mnie z ukosa, jakby chciała spytać ‘czy to na pewno ty?’. Home sweet home.

W podróży spędziłam cały dzień. Ryga – Warszawa, Warszawa – Wrocław, Wrocław – Legnica. Wytłukło mnie niemiłosiernie w tych maleńkich samolotach, jeden lot był opóźniony, później prawie spóźniłam się na pociąg z Wrocka. Plecak i bagaż podręczny ciążyły, nie przygotowałam się na falę upałów w Polsce więc mój dres z H&Mu i Timberlandy sprawiły, że pociło mi się wszystko, no dzień pełen wrażeń. W myślach marudziłam tak, że zaczęłam sobie zadawać pytanie: dziewczyno, jak ty przeżyjesz w Australii?

Ale kiedy weszłam do domu a mama podgrzała pomidorówkę, tata na deser ukroił porządny kawał serniczka – wiedziałam, że wróciłam.

Trzy dni.

Tyle czasu mi zostało do wylotu do Australii. W międzyczasie muszę odwiedzić dentystę (o zgrozo!), szewca, wykupić ubezpieczenie, spędzić trochę czasu z rodzicami (i kotem) oraz wygospodarować trochę czasu dla znajomych.

Tym razem przeprowadzka na drugi koniec świata nie wzywa mnie aż tak bardzo jak szalone decyzje z przeszłości. Lecę, bo mogę; bo wiem, że żałowałabym gdybym nie poleciała i robię to chyba bardziej dla spokoju ducha niż własnego wanderlustu.

Po raz pierwszy część mnie chce zostać, może dlatego, że po raz pierwszy ma powód aby nie wyjeżdżać. Ale słowo się rzekło, wiza zdobyta, bilety kupione, lecę!

W domu.

Tutaj czas płynie jakby inaczej. Wolniej. Pierwszego dnia załatwiłam wszystko co chciałam, po czym spojrzałam na zegarek a tutaj dopiero 15.

Krążąc po centrum ostrożnie obserwowałam. Ludzi, miejsca, zachowania. Za każdym razem, kiedy wpadam w rodzinne strony, coś się zmienia. Likwidują jeden sklep tylko po to, aby w tym samym miejscu postawić nowy. Restauracje zmieniają nazwy, autobusy zmieniają trasy, a ludzi na ulicy to już w ogóle nie kojarzę. Pamiętam, kiedy jeszcze chodziłam do liceum, nie udało się przejść całego deptaku aby nie spotkać kogoś znajomego. Teraz beznamiętnie mijam nieznajome mi twarze, zastanawiając się dlaczego wszyscy nastolatkowie wyglądają tak samo.

Czy my też tacy byliśmy?

Mijam budynki, uliczki, skwerki – miejsca, które są przepełnione moimi młodzieńczymi wspomnieniami – i uśmiecham się do siebie, że pomimo upływu lat pewne rzeczy pozostają takimi samymi. To tylko ja się zmieniam.

Legnica, Centrum

 

Legnica, Piekary

Jest drugi dzień pobytu w domu. Czilluję czekając na burzę. Powietrze stoi w miejscu, jaskółki nisko latają, słońce schowało się za chmurami. Bez wątpienia będzie padać, co mnie cieszy, bo mam świetny powód aby zostać w domu i zagłębić się w książkach.

Zaopatrzyłam się w Australijskie pozycje Marka Tomalika, Julii Raczko i ekipy z Busem Przez Świat, tak więc mam co robić.

Czytając zazwyczaj nakręcam się na wyjazd. Robię notatki, zaznaczam strony w Travelerze, googluję, pinteresuję. Tym razem jednak to wszystko wydaje mi się odrobinę wymuszone, jakbym sama siebie przekonać, że będzie super jednocześnie mając nadzieję, że w Australii mi się nie spodoba i wrócę do Europy. Do N.

Wiem, głupia jestem.

Na pewno będzie fajnie.

Znajomi w Cairns już czekają, z tymi miejscowymi już się pożegnałam, mama jeszcze się wstrzymuje z płaczem a ja intensywnie pracuję nad zmianą nastawienia przed podróżą.

Trzymajcie kciuki,

Ahoj!

Dodaj komentarz