W poszukiwaniu wiosny

Przecież jesteś z Polski, jak może być ci zimno?

A no może.

Australia może się kojarzyć z wieloma rzeczami, jednak z czym zazwyczaj się nie kojarzy to okres zimowy. Kiedy myślisz o krainie kangurów, oczami wyobraźni widzisz piękne plaże, słońce, wodę i opalonych surferów, dzielnie zdobywających fale. Prawda jest jednak taka, że nie w każdym miejscu w Australii przez cały rok jest cieplutko i przyjemnie.

A szkoda.

Szykując się na swoją Australijską przygodę, już za wczasu wyszperałam gdzie będzie ciepło w okresie, w którym planowałam przeprowadzkę. Doszłam do wniosku, że Cairns będzie dla mnie idealnym miejscem, wszak północ ma klimat tropikalny. Spakowałam więc letnie ciuchy: sukienki, szorty, koszulki na ramiączkach. Do plecaka wrzuciłam jedną parę długich spodni i jeden, cieniutki, sweterek. Tak o, w razie ‘w’. Szkoda tylko, że z tropikalnym klimatem pożegnałam się zanim jeszcze tak na dobre przyszło mi się z nim zapoznać, spakowałam więc swoje fatałaszki i ruszyłam zmierzyć się z zimą.

Jedna para długich spodni zamieniła się w trzy, dokupiłam sweterek a z plecaka wyciągnęłam kurtkę-wiatrówkę. Tak, chodzę w dwóch, bo nie chciałam wydawać kasy na ‘dwa tygodnie zimna’ – jak się łudziłam, dwa miesiące temu.

Australijskiej zimy, oczywiście, nie ma co porównywać do naszej – Polskiej. Co prawda, istnieją regiony, w których opady śniegu nie są niczym szczególnym, jednak Sydney do takich miejsc nie należy (#odetchnęłamzulgą). W okresie, w którym przyleciałam na południe, temperatury oscylowały w granicy 16-17 stopni.

Nie jest tak źle! – myślałam, głupia.

Nie wzięłam pod uwagę faktu, że wysokie budynki skutecznie blokują słońce a wiatr tylko potęguje uczucie zimna. Wcześniejsze 16-17 stopni zamieniło się w 10 (w moim odczuciu).

Jako, że osoba ze mnie całkiem werbalna, to cały świat musi wiedzieć, że marznę.

Ludzie w domu, ludzie w pracy, czasami nawet przypadkowy przechodzień usłyszy jak mamroczę do siebie:

O mamo, jak piździ.

Obcy człowiek raczej nie zareaguje, jednak większość znajomych okazuje spore zdziwienie, bo skoro pochodzę z kraju, w którym zimą pada śnieg, do mrozu powinnam być przyzwyczajona. Jeszcze jakiś czas temu starałam się uświadomić moich australijskich znajomych, że Polska nie leży na kole podbiegunowym oraz, że europejskie mieszkania są przystosowane do większych mrozów – w przeciwieństwie do australijskich, mamy centralne ogrzewanie.

Teraz jednak, po każdorazowym komentarzu tego typu, jedynie wzruszam ramionami i ze smutkiem w głowie stwierdzam, że kurtkę z niedźwiedziego futra zostawiłam w domu.

Pewnego dnia powiedziałam sobie, że chociaż na chwilę muszę uciec od zimna, tłumu i zacienionych ulic. Wygrzebałam więc swoje okulary przeciwsłoneczne i wyruszyłam na wycieczkę. Tak na poważnie, to przejechałam jedynie dwa przystanki i wysiadłam w całkiem innym świecie; w świecie niskich budynków oraz sekretnego ogrodu Wendy Whiteley, gdzie, po długim czasie nieobecności, wreszcie poczułam promienie słoneczne tulące się do moich policzków.

Wendy była żoną artysty – Bretta Whiteley. Kiedy Brett zmarł, w 1992 roku, Wendy zajęła się organizacją zaniedbanego terenu przy swoim domu w Lavender Bay.

W pracy znalazła ukojenie a czas, wcześniej wypełniony smutkiem, przeznaczyła na tworzenie ogrodu. W miejscu, który dzisiaj jest domem dla setek drzew i różnego rodzaju ptaków – 25 lat temu nie było nic poza stertą zarośniętej trawy i porozrzucanych butelek.

Siedząc na ławce, w najwyższym punkcie ogrodu, całkowicie zapomniałam, że wciąż trwa Australijska zima i nie dalej niż dwa przystanki temu, chodziłam zmarznięta między uliczkami, otulając się szczelniej szalikiem. Teraz siedziałam w pełni szczęśliwa, napawając się słońcem, które grzało na tyle przyzwoicie, że nawet zdecydowałam się na zdjęcie kurtki.

Ogród jest miejscem idealnym, jeżeli potrzebujesz chwili oddechu. Możesz na chwilę zapomnieć, że mieszkasz w głośnej metropolii i rozkoszować się błogim spokojem, przerywanym jedynie odgłosami ptaków, mieszkających na pobliskich drzewach. Udało mi się zaobserwować indyki, przechadzające się powoli między krzakami; papugi Kakadu, spokojnie dziabiące w ziemi; udało mi się również dostrzec Kukaburę, która po kilku sekundach mojego wgapiania się – wyśmiała mnie i odleciała na inne drzewo.

Błądziłam niespiesznie przez zarośnięte alejki, stąpając ostrożnie, aby przypadkiem nie zniszczyć jednego z kolorowych domków dla skrzatów. Wsłuchiwałam się w odgłosy ogrodu, przeplatane z dźwiękami miasta i pobliskiego Luna Parku. Gubiłam się kilkukrotnie twierdząc, że przecież tutaj już byłam, tylko po to, aby po kilku krokach dostrzec nowy zakątek tego miejsca. Usiadłam na ławce, nieopodal kilku papug, które zdawały się nic sobie nie robić z mojej bliskiej odległości. Posiedziałam tak przez dłuższą chwilę, czerpiąc nieopisaną radość z obserwowania tych ptaków, jednocześnie myśląc, że moja mała wycieczka była strzałem w dziesiątkę.

Widok na zatokę
Widok na zatokę
Tajemniczy ogród Wendy Whiteley
Tajemniczy ogród Wendy Whiteley
Tajemniczy ogród Wendy Whiteley
Tajemniczy ogród Wendy Whiteley
Tajemniczy ogród Wendy Whiteley

———————

Pierwszego września w Australii był pierwszy dzień wiosny. Na chwilę obecną nadal nie jest przyjemnie mimo, że temperatury w ciągu dnia utrzymują się na poziomie 21 stopni. Niestety, wiatr, który nie daje za wygraną, sprawia wrażenie, że w rzeczywistości jest znacznie zimniej.

Gdzie jesteś, wiosno?

 

Dodaj komentarz