Wielka Rafa Koralowa, Las Deszczowy i Gympie-Gympie

Moja przygoda w Cairns dobiegła końca. Od kilku dni, bowiem, siedzę w Sydney, gdzie powoli zaczęłam sobie układać życie. Jest chłodniej (16-18 stopni, czyli Australijska zima) ale przynajmniej nie pada. W tym poście, jednak, nie będę pisała o swoich dotychczasowych odczuciach odnośnie przeprowadzki do największego miasta Australii, lecz całkowicie oddam się wspomnieniom z Queensland.

Cairns jest niewielkim miastem położonym w północnej części wschodniego wybrzeża kontynentu. W porównaniu do Europejskiej północy, na południowej półkuli “północ” oznacza mniejszą odległość od równika, co przedkłada się na tropikalny klimat. Niestety, od momentu kiedy postawiłam stopy w Cairns, pogoda uległa znacznemu pogorszeniu. Mimo tego, że temperatury sięgały 25-26 stopni to padający cały czas deszcz znacznie pogarszał sytuację.

Znajomi wyjechali, zostałam więc sama jak palec. Pokręciłam się trochę po okolicy z zamysłem znalezienia pracy, jednak młodzi ludzie z teczkami, którzy wychodzili z restauracji z frustracją wypisaną na twarzy, uświadomili mi, że nie ma co marnować czasu.

Poszłam więc do banku, uprzejmie poprosiłam Emmę aby zmieniła adres dostarczenia mojej karty na Sydney i po raz kolejny zabookowałam bilet w jedną stronę – wierząc, że tym razem się uda.

Żeby jednak nie siedzieć na tyłku zamartwiając się o swoją Australijską przyszłość, zdecydowałam się wykorzystać pozostały czas i zapisałam się na dwie wycieczki: Wodospad z Uncle Brian’s oraz nurkowanie na Wielkiej Rafie Koralowej.

Nie ukrywam, że nie jestem typem solo travelera więc tak średnio mi się uśmiechało ‘zwiedzać’ bez towarzystwa, ale zbytnio nie miałam wyboru. Wóz albo przewóz. Najwyżej będę tym smutnym człowiekiem, który siedzi w kącie z nietęgą miną.

Wyprawa

Cała wycieczka rozpoczęła się o godzinie 8 rano, czyli wtedy, kiedy pod hostel podjechał busik Uncle Brian’s z charyzmatycznym Richiem jako kierowcą. Już na wstępie dowiedzieliśmy się, że wszyscy jesteśmy rodziną, a Richie – nasz mentor i przewodnik – tytułuje siebie naszym kuzynem.

Będzie ciekawie.

Nasz wesoły autobus pognał więc przez Australijskie drogi, od czasu do czasu trąbiąc wesoło i machając do pracowników ruchu drogowego. Zrobiliśmy też dodatkowe okrążenie aby ujrzeć stada walabii (czyli takich mniejszych kangurów) wypoczywających na zielonych polach.

Pierwszym przystankiem była Babinda, czyli ‘najbardziej deszczowe miasto Australii’, rok rocznie nagradzane złotym gumiakiem za przodowanie w rankingu miejsca z najwyższymi opadami. Nie zdziwił nas fakt, że w Babindzie, oczywiście, lało.

Dobrze, że wzięłam kurtkę przeciwdeszczową – cieszyłam się jak dziecko… do momentu, w którym okazało się, że kurtka nie ochroni mnie przed deszczem, a przed wiatrem.

Tak, wzięłam ze sobą wiatrówkę do lasu deszczowego.

Las nie był kluczowym punktem wycieczki, więc pospacerowaliśmy sobie przez kilka minut, nasłuchając się uprzednio o niebezpiecznych zwierzętach i roślinach, dla których las jest domem. Największe wrażenie zrobiła na mnie roślina pieszczotliwie nazwana Gympie-Gympie, która jest australijską odmianą pokrzywy.

Gympie-Gympie

Lecąc do Australii nastawiasz się na to, że 90% zwierząt zamieszkujących te tereny może cię zabić. O czym jednak nie myślisz, to że nawet rośliny mogą spowodować niewyobrażalny ból, który nierzadko prowadzi do samookaleczenia.

Dendrocnide moroides, bo o niej mowa, zasłużyła sobie na niechlubny tytuł najbardziej parzącej rośliny świata. Wygląda całkiem niewinnie; jej szerokie, przypominające serce liście, aż zapraszają do tego, aby dotknąć czy pogładzić. Pod żadnym pozorem tego nie rób! Gympie-Gympie należy do tej samej rodziny co dobrze nam znana pokrzywa, jednak ból, który pojawia się po bliższym kontakcie nie sprowadza się do małego szczypania i kilku bąbli.

“Gympie Gympie po dotknięciu sprawia wrażenie oblania rozżarzonym żelazem. Jej jad dosłownie pali mięśnie i natychmiast uderza do reszty organizmu. Doprowadza ona do wymiotów i omdleń, a w nieco większej dawce powoduje śmierć. Co więcej parzenie morze trwać nawet kilka lat, a ususzona roślina jeszcze po stu latach posiada parzącą substancję.*”

Roślina ta działa w ten sposób nie tylko na ludzi, ale również na zwierzęta. Znane są przypadki samookaleczenia przez psy, które nie mogą znieść bólu; konie popełniają samobójstwo skacząc z przepaści lub rzucając się pod koła pojazdu. Do tej pory nie ma żadnego lekarstwa, które by w 100% zniwelowało skutki kontaktu z pokrzywą. Dendrocnide moroides w całości jest pokryta maleńkimi włoskami-igiełkami, które są w stanie przebić się przez ubranie i na długo zakotwiczyć w skórze; są one praktycznie nie do usunięcia mechanicznego.

Częściowe usunięcie włosków przynosi… zastosowanie depilacji woskiem w poparzonym miejscu, dlatego też ambulansy w północnej części Australii na wyposażeniu mają plastry woskowe.

Gympie-Gympie

 

Gympie-Gympie

Las Deszczowy i Wodospad Millaa Millaa

Po ‘zapoznaniu’ się z Gympie-Gympie doszłam do wniosku, że te węże i pająki to chyba nie są aż takie złe. Pokonując leśną ścieżkę, stąpałam uważniej niż kiedykolwiek.

Las sam w sobie był magiczny. Odrobinę tajemniczy z drzewami rosnącymi tak wysoko, że musiałam nieźle zadrzeć głowę, aby dostrzec kawałek nieba a odgłos deszczu bębniącego o liście dodawał temu wszystkiemu dodatkowej magii.

Kluczowym przystankiem był wodospad, znany jako jeden z najczęściej fotografowanych wodospadów w Australii. Swoją popularność zawdzięcza idealnemu położeniu, gdzie równie idealnie można wykonać hair flip.

Woda w pobliżu wodospadu była zimna do szpiku kości ale i tak odważyłam się wejść, żeby nie było. A tak na serio to namówiła mnie nowa koleżanka – Marta z Holandii, której znajomi zrobili listę rzeczy, które musi zrobić będąc w Australii. Pływanie w lodowatej wodzie było jedną z nich. Dotrzymałam jej więc towarzystwa, popluskałyśmy się przez chwilę po czym zdecydowałam się wyjść na nie-taki-suchy ląd (padało!).

Wycieczka dobiegła końca, kiedy słońce już dawno schowało się za horyzontem. Ponad 10 godzin, których tak się obawiałam jako outsider, okazało się być czasem wypełnionym śmiechem, deszczem, śpiewem i dzikimi indykami, które swobodnie biegały sobie po zielonej trawie Queensland. Mimo, że nie zobaczyliśmy ani krokodyli ani dziobaków to i tak niezmiernie się cieszę, że się zmobilizowałam i sama weszłam do busika Richiego.

Wielka Rafa Koralowa

Będą w Cairns wszyscy mówią, że nie można wyjechać bez odhaczenia dwóch głównych atrakcji tego regionu: Lasu Deszczowego oraz Wielkiej Rafy Koralowej. Jako, że las mam już za sobą, przyszedł czas na Rafę. Pomimo uczucia dyskomfortu na myśl o pływaniu na głębinach, postanowiłam zapisać się na sesję nurkowania. Nie byłby to mój pierwszy raz – będąc na Bali dwa lata temu, mój CouchSurfingowy host zabrał mnie do znajomego, który prowadził małą szkółkę przy USS Liberty Wreck. Nurkowaliśmy wtedy dwukrotnie – 30 minut każde zejście z maksymalną głębokością 16 m. Tym razem dowiedziałam się, że nie zejdziemy niżej niż na 11 m, bo takie tutaj są regulacje. Trochę szkoda, trochę fajnie.

Wszystko czego chcesz jest po drugiej stronie strachu.

O tyle o ile czuję się dobrze unosząc się nad wodą, tak zejście POD jest wyzwaniem dla mojej strefy komfortu. Otwarte akweny mają w sobie coś takiego, co budzi we mnie ogromny respekt, kiedy patrzę w każdą stronę i jedyne co widzę, to bezkres morskich wód. Wiedziałam więc, że zejście pod wodę jest taką trochę walką ze strachem, ale przed dwoma latami obiecałam sobie, że jeżeli kiedyś trafię do Australii to nie odpuszczę Wielkiej Rafy Koralowej.

Więc nie odpuściłam.

Podróż na rafę była okropna. Statkiem bujało na lewo i prawo, kiedy próbował się przebić przez fale więc większość osób wyszła na tylnią część pokładu ściskając papierowe torebki. Sama czułam się niedobrze. Właściwie to już od samego rana czułam się osłabiona, kręciło mi się w głowie (przeklinałam swoje ‘szczęście’) jednak boat ride wszystko pogorszyło. Kiedy wreszcie, po 1.5 godzinie dopłynęliśmy na miejsce czułam się wyżuta i wypluta, niezdolna do czegokolwiek. Postanowiłam jednak, że nie dam się tak łatwo, ubrałam piankę, na plecy zarzucono mi butlę z tlenem i byłam good to go.

Pod wodę schodziliśmy w grupach 3-4 osobowych. Razem z dwoma innymi dziewczynami byłam w grupie trzeciej, miałam więc chwilę, żeby uspokoić żołądek i nerwy. Pogoda nam nie dopisała (po raz kolejny) więc czekałam z pupą zanurzoną w wodzie i górną częścią ciała, która zamarzała, smagana strugami deszczu. W międzyczasie dwie osoby z poprzedniej grupy wypłynęły na powierzchnię w chwilę po zanurzeniu, rezygnując z nurkowania.

Wreszcie przyszedł na nas czas i zanurzyliśmy się aby odkryć podwodny świat. Zabrzmię klasycznie stwierdzając, że było niesamowicie! Kolorowe rybki, Nemo z tatą, bujne koralowce i wiele, wiele innych morskich organizmów. Patrzysz na to wszystko i dociera do ciebie:

Udało mi się. Pływam na Wielkiej Rafie Koralowej. Po raz kolejny – spełniam marzenia. Cudowne uczucie.

Nasz podwodny fotograf, Tom, zrobił kilka zdjęć, po czym popływaliśmy jeszcze trochę i przyszedł czas, aby przywitać świeże powietrze.

Pozwolono nam na snorkeling więc również skorzystałam z okazji i wzrokiem wertowałam rafę, która znajdowała się niemalże na wyciągnięcie ręki. Kolorowe rybki przepływały obok mnie a ja cieszyłam się jak małe dziecko.

Z wycieczki wróciłam ledwo żywa, ale szczęśliwa. Zrobiłam coś niesamowitego, pokonałam strach i stworzyłam nowe wspomnienia, które zostaną ze mną na długo po opuszczeniu Australii.

They told me to do shaka but I was too busy finding Nemo.

 

Koszta:

Waterfall Tour z Uncle Brian’s – 109$ (cena zawiera śniadanie, lunch i dużo czekolady)

Scuba Diving z PADI – 230$ (cena zawiera podróż statkiem, jedną sesję nurkowania z instruktorem oraz lunch)

Wiem, że na odwiedziny w lasie deszczowym, wiele osób zdecyduje się pojechać na własną rękę, jednak jeżeli ktoś rozważa wykupienie wycieczki to Uncle Brian’s są po prostu świetni.

 

http://www.banzaj.pl/Gympie-Gympie-zabojcza-pokrzywa-z-Australii-82506.html

Dodaj komentarz