Życie na odległość

Do Świąt Bożego Narodzenia został mniej niż miesiąc. Zza sklepowych witryn mrugają do mnie choinki i inne świąteczne ozdoby, tradycyjnie już sama zaopatrzyłam się w zestaw światełek, którymi przystroiłam swoje łóżko. Na dworze ciepło, cieplej, czasami żar leje się z nieba i aż trudno mi uwierzyć, że grudzień już za rogiem. Dociera do mnie, że to już czwarty rok z rzędu, kiedy Boże Narodzenie będę świętowała z dala od domu, rodziców i uszek z barszczykiem. No ale co zrobić. Takie jest życie na emigracji.

Decyzja, że nie będę mieszkała w Polsce dojrzewała we mnie przez długie lata. Pamiętam, jak po raz pierwszy wyjechałam do pracy za granicę, w wieku 18 lat. Zaraz po maturze, wspólnie z przyjaciółką, pojechałyśmy do Walii, żeby trochę dorobić przed rozpoczęciem roku akademickiego. Byłam wtedy jeszcze podróżniczym żółtodziobem, dla którego największą przygodą była wycieczka do Drezna w pierwszej klasie liceum. Pojechałam, popracowałam i wróciłam z twardą opinią, że życie w Polsce nie jest dla mnie. Przebrnęłam jednak przez 5 lat studiów, w międzyczasie wyjeżdżając na praktyki na Majorkę czy na wymianę studencką na Łotwę. Udało mi się również popodróżować nieco po Europie, poznać fascynujących ludzi, wysłuchać ich historii, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że jestem zbudowana z innej gliny niż moi znajomi, bowiem wcale nie chciałam myślec o ustatkowaniu się, tylko o podróżowaniu, o mieszkaniu w innych miejscach na świecie, zasmakowaniu egzotyki, zmiany kodu pocztowego, kultury, widoku zza okna.

Chciałam zmian, więc je dostałam.

Czego jednak wtedy nie przewidziałam, przeprowadzając się z jednego zakątka świata na drugi, to to, że w pewnym momencie takie migracje sprawiają, że człowiek czuje się samotny. Co z tego, że poznajesz nowych ludzi, tworzy się między wami więź tak silna, że nie wyobrażasz sobie, że tej osoby w pewnym momencie może zabraknąć w twoim codziennym życiu? Kilka tygodni później kupujesz bilet, ocierasz z policzka łzy po kolejnym pożegnaniu, wchodzisz do samolotu i lądujesz kilka stref czasowych dalej, by zawrzeć nowe przyjaźnie.

Żyjąc w Australii, mój związek na odległość z N. nie jest jedynym, który daje mi w kość. Ciągniemy go już przez 5 miesięcy, z 10-dniową przerwą na wspólne wakacje na Bali. Czasami jest lepiej, czasami gorzej, ale ogólnie dajemy radę.

Będąc tutaj, boleśnie odczuwam odległość, jaka mnie dzieli z moimi bliskimi. Wiem, że w pewnym sensie nie jestem taką samą częścią ich życia, jaką byłam, kiedy dzieliło nas kilka ulic czy kilometrów. Codziennie budzę się zasypana wiadomościami z innych stref czasowych; wiadomościami, w których częściej prowadzę monolog a niżeli jestem częścią konwersacji, ponieważ, kiedy ja się budzę – inni śpią, i odwrotnie: kiedy kładę się spać – mój telefon rozbrzmiewa coraz to nowymi powiadomieniami.

Będąc tutaj czuję, że wiele mnie omija. Śluby, rocznice, urodziny, imprezy rodzinne, wypady na wino, plotki do białego rana z koleżankami, chwile radosne i smutne, powitanie nowego członka rodziny i pożegnanie innego. Bywają momenty, że taka nieokreślona samotność uderza ze zdwojoną mocą. Rocznica związku świętowana przez FaceTime w McDonald’s, urodziny przez telefon, smutne wiadomości z domu, czy czwarte Święta z rzędu bez dzielenia się opłatkiem z rodzicami.

Wszystko dzieje się tam, gdzie mnie nie ma. Jedna koleżanka wychodzi za mąż, inna się zaręczyła, u innej już za kilka tygodni powiększy się rodzina. Chciałabym być obecna przy wszystkich wydarzeniach; pogratulować, wyściskać, przytulić, dodać otuchy, jednak to nie takie proste, kiedy większość najbliższych mi osób żyje w innym miejscu, w innej strefie czasowej.

Polska, Irlandia, Grecja, Łotwa, Stany Zjednoczone, Indonezja. Codziennie spoglądam na zegarek obliczając, która godzina jest w danym miejscu, do kogo mogę zadzwonić. Wiem, że mam 4 godziny różnicy z Jawą w Indonezji, 9 godzin różnicy z Łotwą i Grecją, 10 z Polską, 11 z Irlandią, 16 godzin różnicy z Florydą i Karoliną Południową i 21 z Hawajami. Funkcjonuję tak od 5 miesięcy, zostały mi tylko trzy do powrotu do nowego domu – Rygi. Po raz kolejny zmieni się mój adres, kilka osób będzie bliżej, jednak nadal nie będę miała wszystkich obok siebie.

Podróżowanie i zasmakowanie życia w różnych – mniej lub bardziej odległych – miejscach wiele mnie nauczyło. Zmieniając otoczenie co kilka miesięcy, musiałam się szybko zaadaptować w kolejnym, odnaleźć swoje miejsce w grupie nowych znajomych, zwolnić lub przyspieszyć tempo swojego życia, w zależności gdzie się znalazłam. Poszukać pracy, nieustannie walcząc z ‘no to powodzenia, moja koleżanka szukała tam pracy przez miesiąc i niczego nie mogła znaleźć’, udowodnić samej sobie, że chcieć to móc, że wystarczy odpowiednia determinacja, żeby odnieść kolejny, mały sukces.

Nauczyłam się walczyć z jet lagiem, odległością, godzinami różnicy między mną a osobami, na których mi zależy, jednak za każdym razem przegrywam, kiedy dociera do mnie, że bez względu na to gdzie się zatrzymam na dobre, zawsze ktoś będzie daleko a ktoś jeszcze dalej; że osoby, z którymi kiedyś spędzałam całe dnie, pojawią się w moim życiu na kilka godzin, dwie kawy w kawiarni, jedną pizzę na kanapie w salonie, szklankę wina, zanim po raz kolejny powiemy sobie ‘do następnego’.


Niestety nie ma zdjęć ze wszystkimi, bo zostały na komputerze w Polsce 🙁

 

2 Replies to “Życie na odległość”

  1. Ojjj Kasia tesknota daje w kosc ale co przezylas I zobaczylas I ile ludzi poznalas …napewno warto bylo .jestes naprawde odwazna I podziwiam cie a przy tym I zazdroszcze tych wszystkich podrozy I pieknych widokow …moze jak juz bede na emryturze to tez tyle pozwiedzam .buziaki przezylam od Ari I Zoe tez xx

  2. Tak bardzo Cie rozumiem ! I tesknie ! BARDZO ! <3

Dodaj komentarz