Życie w Sydney

Spojrzałam dzisiaj przelotnie na telefon i przypadkiem zauważyłam datę: 25 lipca. Nie. To niemożliwe. Przecież to by znaczyło, że w Australii jestem już blisko miesiąc, w samym Sydney właśnie mijają 3 tygodnie. Zaczęłam więc odrobinę analizować, układać sobie w głowie wszystkie minione dni, nieustannie zastanawiając się jak to tak szybko zleciało. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że jestem tutaj przez miesiąc, a do tej pory nie widziałam żadnego węża ani pająka.

Prócz sztucznego, na widok którego zaczęłam krzyczeć i uciekłam.

Moje życie w tej części globu nie jest żadnym Australijskim snem, spełnieniem marzeń czy budowaniem kariery zawodowej. Żyję sobie spokojnie, z dnia na dzień, dzieląc mieszkanie z 13 innymi osobami (+ przejezdni, okupujący kanapę przez całe dnie), pracuję w pobliskim pubie jako barmanka i… snuję plany o przyszłych podróżach.

Opuszczenie tropikalnego Cairns było dobrą decyzją. Pokój, w którym aktualnie mieszkam znalazłam w dzień po przylocie do Sydney, aktualną pracę – dzień później. Żyję w części miasta zwanej Sydney CBD (Central Business District), czyli w takim Sydnejowskim Manhattanie z budynkami tak wysokimi, że muszę solidnie zadrzeć głowę do góry, żeby dojrzeć niebo. Przechadzając się uliczkami, z chodnikami o wiele za małymi, żeby pomieścić wszystkich przechodniów, otulam się szczelniej szalikiem, bowiem promienie słońca nie docierają aż tak daleko.

Ludzi w Sydney jest mnóstwo. Mieszkając w Londynie doświadczyłam wielokulturowości i  masowości, jednak w tym przypadku mam wrażenie, jakby centrum miasta nie było przygotowane na pomieszczenie takiej liczby mieszkańców. Mimo, że moja droga do pracy powinna mi zająć nie więcej niż 25 min, zawsze potrzebuję wyjść kilka minut wcześnie, mając na uwadze wszystkich tych, którzy nigdzie się nie spieszą (a przy okazji zajmują całą szerokość chodnika). Zdarza się również, że muszę takich delikwentów wyprzedzić, co robię zgodnie z zasadami tutejszego ruchu drogowego – czyli lewostronnego. Wyprzedzanie powolnych przechodniów jest bardziej skomplikowanym manewrem, bowiem zanim rozpocznę jakiekolwiek działania muszę oszacować ryzyko wpadnięcia na osobę z przeciwka. Niestety, nie zawsze uda się wyprzedzić bez uniknięcia sytuacji przypominającej walkę pingwinów, kiedy to drepcze się w tym samym kierunku, co osoba z naprzeciwka.

Praca nie jest skomplikowana. Nalewam piwo, mieszam wódkę z wodą i limonką oraz wytężam słuch do maksimum, starając się zrozumieć setki akcentów, pochodzących z różnych stron świata. Zdarzają się zmiany łatwiejsze, niemalże nudne, kiedy to najbardziej zajmującym zajęciem jest polerowanie szklanek; zdarza się też, że transmitujemy mecze Irlandzkich drużyn, co sprawia, że do pubu większymi grupami schodzą się wielbiciele Jamesona i Guinnessa.

Czasami stanie się tak, że ktoś ewidentnie wypił o jednego drinka za dużo. Australijskie prawo, w takim przypadku, zakazuje serwowania alkoholu osobie z widocznymi symptomami nietrzeźwości. Mówię wtedy, stanowczym głosem:

Przepraszam, ale nie sprzedam ci już alkoholu…

… oraz proponuję szklankę wody. Niektórzy rozumieją i po cichu się wycofują, żeby zabrać swoje rzeczy i opuścić bar, jednak zdecydowana większość stara się na siłę udowodnić jak bardzo trzeźwi są, pomimo niezrozumiałej mowy i rozbieganego wzroku. Jestem jednak nieugięta i taką osobę odprawiam z kwitkiem. Czasami delikwenci próbują oszukać system prosząc kogoś znajomego o kupno drinka, jednak jeżeli ktoś z pracowników baru zauważy osobę ‘odciętą’ pijącą alkohol, obowiązkiem jest powiadomienie managera bądź ochrony (zazwyczaj kończy się to wyprowadzeniem obu osób z pubu).

Prawo Australijskie jest nieugięte, jeżeli chodzi o sprzedaż alkoholu osobom nietrzeźwym. Ba! Żeby w ogóle móc pracować w restauracjach czy barach, musisz mieć ukończony kurs RSA (Responsible Service of Alcohol) – dotyczący odpowiedzialnego serwowania alkoholu. Każdy stan ma odrobinę inne regulacje więc, niestety, jeżeli przeprowadzasz się z Nowej Południowej Walii do Queensland, taki kurs musisz zrobić od nowa.

Uzyskanie certyfikatu RSA jest możliwe online bądź poprzez uczestniczenie w 6-godzinnym kursie (musisz być jednak ostrożny wybierając opcję przez internet, bowiem istnieje wiele stron, które są jedynie ściemą – zapłacisz kasę, a certyfikatu na oczy nie zobaczysz).

Mimo kuszącej perspektywy odbycia szkolenia w zaciszu domowym i komforcie własnego łóżka, wolałam nie ryzykować i jedną sobotę przeznaczyłam na RSA. Nie było tak źle. Podczas zajęć uzyskuje się wszelkie możliwe informacje dotyczące odpowiedzialnej sprzedaży alkoholu, wiedzę ogólną na temat problemów z nietrzeźwością wśród młodych (i nie tylko) ludzi w Australii, oraz jakie obwarowania zostały wprowadzone aby zminimalizować ryzyko upojenia alkoholowego. Na koniec rozwiązujesz test, który determinuje poziom wiedzy wyniesiony z zajęć, i, jeżeli wszystko dobrze poszło, w przeciągu następnych 48 godzin otrzymujesz swoją licencję.

Wiedza wyniesiona ze szkolenia prędzej czy później przyda się w praktyce. Zakaz serwowania shotów po północy; sprzedaż maksymalnie 4 drinków na osobę oraz 2 drinków po 2 rano. Złamanie zasad grozi odebraniem licencji RSA a nawet karą pieniężną.

Dla mnie samej, wychowanej w Polsce – kraju, w którym alkohol można kupić 24/7 na stacjach paliw, takie obwarowania były przynajmniej dziwne, jednak po kilku dniach spędzonych za barem, serwując drinki coraz to bardziej upojonym klientom, doszłam do wniosku, że faktycznie ma to sens.

Nigdy wcześniej nie pracowałam jako barmanka, ale jak to Monika powiedziała:

No ale przecież nalewanie piwa to żadna filozofia – udało mi się opanować i tę sztukę.

Początki jak to początki – dużo nowych informacji, nieznanych do tej pory nazw oraz sposobów mieszania alkoholu. Dla osoby, dla której szkocka i bourbon to jedno i to samo, nowe nazwy trunków brzmiały jak magiczne zaklęcia. Na szczęście otrzymałam full trening i już wiem co robić, kiedy usłyszę:

JD and coke, please.

Zazwyczaj pracuję na popołudniowe zmiany, kończąc pracę ok 3 nad ranem. Może zabrzmi to dziwnie, ale lubię wracać do domu o tej godzinie. Ulice, tak bardzo zatłoczonej George Street za dnia, świecą pustkami. Nie muszę się już przepychać, nigdzie się nie spieszę, więc głównie maszeruję w towarzystwie N., dla którego wieczór dopiero się zaczyna. Po drodze spotykam trzy typy ludzi: bezdomnych, szczelnie owiniętych w śpiwory; pracowników ruchu drogowego nadzorujących nocny traffic oraz najwytrwalszych imprezowiczów, mijających mnie chwiejnym krokiem.

W domu jestem ok. 3:30 a impreza trwa w najlepsze. Grzecznie witam się z wstawionymi współlokatorami, proponującymi mi tanie wino z kartonu, i zmierzam do pokoju myślami wracając do swoich szalonych lat (wczesno) dwudziestych.

Jak już wcześniej wspominałam, mieszkanie dzielę z 13 innymi osobami. Wyjeżdżając do Australii nastawiałam się bardziej na przygodę niż na luksusy, więc mam za swoje. Warunki bardziej przypominają życie w hostelu, tylko, że przemiał ludzi jest mniejszy. Nie powiem, żebyśmy się wszyscy znali jak łyse konie, ale wreszcie – po 3 tygodniach – znam imiona prawie wszystkich domowników. Większość współlokatorów jest sporo ode mnie młodsza – mają po 19-21 lat i dużo imprezują. Nie mam co narzekać, bo wiedziałam na co się piszę wprowadzająć się do tego mieszkania. Priorytetem dla mnie było mieszkanie w centrum, za niewielką kasę – wszystko inne w tym przypadku zeszło na drugi plan.

Tak więc oto jestem – przeżywając swoją drugą młodość, kiedy pierwsza się jeszcze dobrze nie skończyła, słuchając odgłosów imprezy dochodzącej zza ściany, ciesząc się, że etap zabawy do rana mam już za sobą.

———

Podsumowując: przed przeprowadzką do Sydney często słyszałam, że to drogie miasto i że nie opłaca się tutaj mieszkać. Myśląc takimi kategoriami mogłabym sobie zadać pytanie: a gdzie się opłaca?

Kilka lat temu, przed wyjazdem do Londynu słyszałam dokładnie to samo, jednak w ogóle mnie to nie zniechęciło. Na ceny na Key Weście też wszyscy narzekają. Teraz sytuacja wygląda podobnie: owszem, wydasz tutaj więcej na mieszkanie, na wyżywienie, na imprezy ale masz też więcej możliwości jeżeli chodzi o znalezienie pracy (również zarobki są wyższe). Jeżeli więc nie zależy ci na jedynce z king size bed przy Bondi Beach i nauczysz się przymykać oko kiedy brakuje dwóch kromek chleba – Sydney nie jest takim potworem jakby się mogło wydawać. Koniec końców to my wytyczamy swoje limity.

4 Replies to “Życie w Sydney”

  1. Łoło , Najs zazdroszczę odwagi i tych wszytskich niesamowitych doświadczeń :*

  2. ? fajnie sie czyta Kasiu ,chwilami mialam wrazenie ze widze siebie dawno temu. korzystaj z zycia poki mozesz I pisz jak najwiecej-czekam na kolejne zapiski.buziaki xx

  3. Hahaha! Kaska normalnie jak mi sie papa rozesmiala jak przeczytalam o tym szalu. Jestem straszna, ale pierwsze co pomyslalam to „Ha! W koncu ma zimno kiedy ja mam cieplo”. Jak to Justyna mowi, kociolek w piekle za te teksy juz mi podgrzewaja 😉
    A tak na serio to fajnie czytac. Dobrze ze nie lukrujesz za bardzo tylko piszesz o plusach i minusach- tym lepiej sie to czyta.
    Trzymaj sie cieplo i endrzoj!
    W.

  4. Wow Kasiu jestem pod wrażeniem ! Jeszcze parę lat temu pamiętam jak mieszkałaś w Poznaniu na Dębcu ze swoją przyjaciółką ,a teraz Sydney. Zwiedzasz, podróżujesz czy szukasz własnej drogi? Jaki jest Twój cel? Pozdrawiam stary kumpel 😉

Dodaj komentarz